DZIENNIK POLSKI, 02.10.2010 - Koniówka

Szukaj
Przejdź do treści

Menu główne:

DZIENNIK POLSKI, 02.10.2010

Aktualizacje > 2009-2010 > Prasa o "Blechhammer"
Dzień, w którym spadł samolot
Mieszkańcy Koniówki stali się naocznymi świadkami ostatnich chwil amerykańskiego bombowca B-17 „Latająca Forteca“ o numerze 44-6412, który brał udział w nalocie na zakłady paliw syntetycznych w Blechhammer, czyli Blachowni Śląskiej.
Ten dzień w dzień 1944 roku w Koniówce, małej wsi koło Czarnego Dunajca, nie wyróżniała się niczym z całego szeregu zwyczajnych dni. Mieszkańcy jak co dzień oddawali się pracom w polu, domu i gospodarstwie. Koszono koniczynę, pasiono krowy, kopano torf. W pewnym momencie ciszę spokojnego dnia przerwał narastający warkot dochodzący z nieba. Gdy ludzie podnieśli głowy ich zdumionym oczom ukazał się niezwykły widok: wielki samolot przechylony prawym skrzydłem ku dołowi i ciągnący za sobą smugę czarnego dymu zbliżał się do wsi. Lecąca coraz niżej maszyna weszła w długi łuk i przemknęła ponad głowami obserwatorów zmuszając ich do padnięcia na ziemię. Ostatnie sto metrów samolot pokonał orając prawym skrzydłem grunt, a następnie uderzył w pobliski nasyp kolejowy i eksplodował.

Niemiec macha ręką
Tak oto mieszkańcy Koniówki stali się naocznymi świadkami ostatnich chwil amerykańskiego bombowca B-17 „Latająca Forteca“ o nimerze 44-6412, który brał udział w nalocie na zakłady paliw syntetycznych w Blechhammer, czyli Blachowni Śląskiej. Maszyna ze stacjonującej we Włoszech 483 Grupy Bombowej, dowodzona przez ppor. Everette’a J. Robsona i mająca na pokładzie dziesięcioosobową załogę została mocno uszkodzona nad celem przez artylerię przeciwlotniczą. Odłączyła się od formacji i z dwoma niesprawnymi silnikami usiłowała wrócić do bazy we Włoszech lub chociaż dolecieć nad Adriatyk. Niestety, po około czterdziestu minutach lotu, w rejonie Babiej Góry samolot został dopadnięty przez trzy niemieckie Messerschmitty Me-109. Myśliwce bez większego trudu ostrzelały ranny bombowiec, przypieczętowując jego los. Wszyscy członkowie załogi ratowali się skacząc na spadochronach. Gdy dwóch z nich – radiooperator Philip Nance i technik pokładowy Albert Van Oostrom – opadało powoli ku ziemi, pilot Messerschmitta przeleciał pomiędzy nimi i pomachał im ręką.
Po wylądowaniu pięciu Amerykanów zostało schwytanych przez Niemców i przez Czarny Dunajec, Zakopane i Kraków trafiło do obozów jenieckich, gdzie goczekało wyzwolenia. Pięcioma pozostałymi zaopiekowali się mieszkańcy okolicznych wsi, Słowacy i Polacy. Lotnicy zostali ukryci, przebrani w cywilne ubrania, nakarmieni, a następnie przekazani miejscowemu oddziałowi partyzanckiemu AK. W lesie doczekali 1945 r. i nadejścia Armii Czerwonej. Następnie przez Odessę i Egipt odesłano ich do Włoch, do rodzimej jednostki. Wszyscy przeżyli wojnę i szczęśliwie wrócili do Stanów Zjednoczonych.

Ogrodzenie z samolotu
Pamięć o wydarzeniach z 13 września 1944 r. żyła wśród mieszkańców Koniówki. Części z rozbitego samolotu wykorzystywano w gospodarstwach: z rur paliwowych zrobiono istniejące do dziś ogrodzenie, z części metalowych wytwarzano grzebienie, zapalniczki, ozdoby góralskich pasów, pługi, ze spadochronów uszyto bluzki, a spodnie jednego z lotników (które również przetrwały do dziś), przez lata używane byłypodobno przez miejscowych kolędników, jako... strój turonia.
Sześćdziesiąt lat po wojnie do sprawy „Latającej Fortecy“ wrócił urodzony w Koniówce Bogusław Zięba, absolwent krakowskiej AWF, mieszkający obecnie w Wiedniu. Zaciekawiony okolicznościami wydarzenia, o którym powszechnie pamiętano w rodzinnej wsi, postanowił pójść ich tropem i dowiedzieć się kim byli iludzie lecący w samolocie, jakie było ich zadanie, co im się przytrafiło, jakie były ich późniejsze losy. Zebrane materiały wydał w książce zatytułowanej „Blechhammer“, która niedawno ukazała się w Stanach Zjednoczonych.
- Zaintrygowały mnie sprzeczności, w paru artykułach, które na temat katastrofy w Koniówce ukazały się w lokalnej prasie. Zacząłem wgłębiać się w temat i gromadzić kolejne części układanki. Rozpocząłem od ustalenia nazwisk członków załogi, a następnie przy pomocy książki telefonicznej dotarłem do pięciu żyjących – mówi Zięba. O dziwo, nie wszyscy lotnicy chcieli wracać do przeżyć z czasów wojny. Okazało się, że niektórzy z nich ukrywali przed rodziną historię z 1944 r. Dopiero pod wpływem próśb i nalegań Polaka zgodzili się mówić. Kontakty odbywały się drogą telefoniczną i mailową. Zięba wypytywał o służbę wojskową, szkolenie, pobyt we włoskiej bazie, okoliczności nalotu na Blachownię, zestrzelenie i dalsze losy po wylądowaniu. Takich rozmów telefonicznych autor odbył po kilkanaście z każdym z weteranów. Materiał z jednej był wyjaśniany i uszczegółowiany podczas następnej itd. Z kolei korespondencja mailowa odbywała się nawet codziennie.
- Albert Van Oostrom, podczas wojny technik pokładowy, cierpiał na chorobę Parkinsona wiążącą się z zaniokiem pamięci. Przez moje dociekliwe pytania, które zadawałem jego córce, a ona przekazywała jemu, Oostrom zaczynał przypominać sobie powoli tamte wydarzenia i pewne szczegóły. Opowiedział mi też pewną historię, która przydarzyła się innej załodze, w innym czasie i innym miejscu. Tymczasem z relacji pozostałych członków załogi wynikało jednoznacznie, że sytuacja ta przytrafiła się właśnie im... – mówi Zięba.

Z Koniówki do USA
- Żeby bardziej otworzyć rozmówców wpadłem na pomysł, by posłać im do Stanów jakieś zachowane w Koniówce fragmenty samolotu. Udało mi się je uzyskać od mieszkańców. Z kolei prezes nowotarskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego Robert Kowalski, który również zajmuje się poszukiwaniami wojennych śladów na Podhalu, skierował mnie do komendanta OSP w Koniówce, który miał kilka części maszyny przechowywanych w remizie. Sfotografowałem je, a zdjęcia posłałem lotnikom. Przesyłki bardzo ich ucieszyły, w dodatku dokonali identyfikacji niektórych elementów – uśmiecha się autor. Mimo to, jeden z weteranów – Richard L. Hansler (podczas wojny nawigator samolotu w stopniu podporucznika) – nadal odmawiał współpracy.
– Powiedział mi, że jako naukowiec (jest fizykiem) woli zajmować się przyszłością niż przeszłością. Nota bene, kontakt ze mną coś w nim jednak przełamał, bowiem tuż przed zakończeniem pracy nad moją książką przysłał mi trochę informacji i zdjęć, a już po jej wydaniu w USA ukazała się jego wspomnieniowa praca o wypadkach z 13 września 1944 r. Jak się dowiedziałem, jego zappiski powstały już w 1945 r., zaraz po powrocie do domu, ale przez sześćdziesiąt lat nie zdecydował się na ich upublicznienie – opowiada Zięba. Dziś w USA kupić można zarówno jego „Blechhammer“, jak i „Prepare to bail out!“ Hanslera.

Koło płoszy konia
Dzięki pomocy matki Bogusławowi Ziębie udało się dotrzeć do mieszkańców Koniówki i okolic, którzy pamiętali moment upadku samolotu. Każdy z nich zapamiętał jakiś fragment. Komuś w pamięć wbił się wielki samolot zbliżający się do wsi i sprawiający wrażenie jakby zaraz miał spaść właśnie na niego. Ktoś inny zapamiętał spadochroniarza, który wylądował tuż obok. Jeszcze inny wspomina oderwane wybuchem koło toczące się gwałtownie przez kilkadziesiąt metrów i płoszące zaprzężonego do wozu konia. Inni mieszkańcy opowiadają, że Niemcy zmusili ich do pracy przy naprawie uszkodzonego przez wrak nasypu kolejowego i porządkowania miejsca katastrofy. Połączenie relacji lotników i miejscowych pozwoliło na stworzenie w miarę pełnego obrazu. Część losów załogi po wylądowaniu została już wcześniej ustalona przez badaczy-pasjonatów, choć ustalenia dość istotnie różniły się między sobą. Niektórzy autorzy pisali o rozstrzelaniu pięciu lotników w gestapowskim więzieniu „Palace“ w Zakopanem, inni o ośmiu skoczkach spadochronowych i dwóch lotnikach, którzy pozostali na pokładzie samolotu. Jednak dzięki kontaktowi z weteranami Ziębie udało się wyjaśnić większość nieścisłości.
- Sporą trudność sprawiło mi dotarcie do informacji, co działo się we włoskiej bazie 483 Grupy Bombowej. Szukałem materiałów, wchodziłem na rozmaite fora dyskusyjne miłośników historii lotnictwa. Na jednym z nich trafiłem na człowieka, który zaoferował mi sprzedaż kopii historii tej grupy za marne dziesięć dolarów. Otrzymałem pocztą płytę z ok. 1800 stron oficjalnych wojskowych dokumentów grupy, które zostały odtajnione dla badaczy w 1966 r. Znalazłem tam zeznania bombardiera mojej Latającej Fortecy, który obszernie, na kilku stronach, opowiadał o swoich losach w pechowej misji i pobycie w Polsce – opowiada Zięba. Korzystał też z internetowego katalogu MACR (Missing Air Crew Reports), zawierającego dane o zaginionych amerykańskich załogach lotniczych. Można tam znaleźć dane na temat nazwisk i stopni członków załogi, numerów samolotów, numerów silników i broni pokładowej, trasy przelotu, opis zdarzenia i ewentualnych świadków.

Ojciec cieszy się jak dziecko
Książka, nad którą autor pracował przez kilka lat, pierwotnie miała ukazać się tylko po polsku. Jednak członkowie załogi nalegali, by opracować także wersję angielskojęzyczną.
– Myślę, że w traakcie naszych rozmów poczuli chęć zobaczenia i przeczytania tej książki, która wszak opowiada o nich i o ważnym epizodzie ich życia. Rozczarowali się, gdy powiedziałem, że wyjdzie jedynie po polsku. Namówili mnie więc, bym poszukał amerykańskiego wydawcy. Tak też się stało; przygotowałem angielską wersję tekstu i znalazłem polonijne wydawnictwo z Chicago – mówi Zięba. Wydrukowane egzemplarze z dedykacją autora trafiły do czterech już tylko lotników (w międzyczasie, 24 kwietnia 2010 r., zmarł Albert Van Oostrom.
- Sprawiły im ogromną radość. „Mój ojciec cieszy się jak dziecko“ – powiedział mi syn jednego z nich. „Mieliśmy już Boże Narodzenie, ale teraz jest drugie“ – to inna opinia. Od innego dostałem dużą paczkę z prezentami świątecznymi, w tym z tortem – śmieje się Zięba.
Amerykańscy lotnicy, którzy 66 lat temu wylądowali koło Koniówki, zostaną tam upamiętnieni specjalną wystawą. Przygotowuje ją wspomniany już komendant miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej, pomaga mu mama Bogusława Zięby, z Wiednia przyjedzie pan Bogusław. Na wystawie znajdą się kopie zgromadzonych przez niego dokumentów na temat samolotu i załogi, mapy, zdjęcia, części B-17, spodnie lotnicze jednego z członków załogi, dwa modele „Latającej Fortecy“ (jeden ze specjalnymi wycięciami, ukazującymi wnętrze), a także model messerschmitta, który zestrzelił amerykańską maszynę. Otwarcie wystawy planowane jest na w tym miesiącu.
Dziennik Polski, Paweł Stachnik, 2 październik 2010
Kontakt:
abeiz@gmx.net
©
koniowka.info
 
Copyright 2018. All rights reserved.
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego