POLONIKA, LUTY 2011 - Koniówka

Szukaj
Przejdź do treści

Menu główne:

POLONIKA, LUTY 2011

Aktualizacje > 2009-2010 > Prasa o "Blechhammer"
Jestem zwykłym Polonusem
Bogusław Zięba mieszka od ponad 20 lat w Austrii. Niedawno wydał dwie książki, o których z nim rozmawiamy.

O czym w skrócie są obydwie książki, które Pan napisał?
- Pisząc "Od Be Do Zet" założyłem napisanie książki, w której nie ma przemocy. Opisuję tu przygody grupki dzieci, które zostały skonfrontowane z intrygującą postacią niejakiego BeZeta, który daje o sobie znać jedynie w informacjach podrzucanych na kartkach. By nie było zbyt łatwo, informacje te układane są w rebus lub wierszowaną zagadkę, którą oprócz dzieci rozwiązuje także czytelnik w trakcie lektury. W końcu książki poznajemy głównego "sprawcę" zabawy.
Natomiast w książce pt. "Blechhammer" opisuję przebieg ostatniego lotu amerykańskiej załogi B-17, Latającej Fortecy, która rozbiła się w 1944 roku w pobliżu Koniówki, małej wioski na Podhalu. Część załogi trafiła do polskiego oddziału partyzanckiego, pozostali zostali wyłapani przez Niemców i trafili do obozów jenieckich. Książka oparta jest na autentycznych dokumentach i relacjach załogi samolotu oraz na relacjach świadków.

Skąd wziął się pomysł napisania przez Pana dwóch książek o tak różnej tematyce?
- Pisanie traktuję jako przygodę, hobby, i piszę o tym, co najbardziej zajmuje mój umysł. Pierwsza książka powstała w oparciu o zmyślone opowiadania do poduszki dla moich dzieci. Jest esencją moich opowieści na dobranoc, którymi kiedyś starałem się zainteresować własne dzieci.
Druga książka jest odpowiedzią na przeszło sześćdziesięcioletnie milczenie w sprawie amerykańskiego bombowca rozbitego na terenie Podhala i niezbyt zadawalające próby wyjaśniania tego zdarzenia w ostatnich latach. Poczułem się wtedy zobowiązany do pracy nad tematem, tym bardziej, że pochodzę z miejscowości w górach, gdzie rozbił się wspomniany samolot. Napisanie tej książki wymagało ode mnie dużego zaangażowania i badania tematu od podszewki. Zajęło mi to około trzech lat. Dotarłem do materiałów archiwalnych oraz do głównych bohaterów zdarzenia. Niektórzy z nich opowiadali z ochotą, jednak niektórzy potrzebowali więcej czasu, żeby się przekonać do moich intencji. Ostatni np. odezwał się dopiero po prawie dwóch latach milczenia i dosłownie w ostatniej chwili przysłał dwa interesujące zdjęcia.

Gdzie można nabyć Pana publikacje?
- Obie pozycje są do nabycia tylko w księgarniach internetowych. Drukowane są na życzenie - to nowy trend wywodzący się z USA, który ma zaoszczędzić papier i czas pracy. Nie ma w związku z tym określonego nakładu. O przerwaniu sprzedaży decyduje wydawnictwo lub autor.

Jak Pana książki zostały odebrane przez czytelników?
- Większe powodzenie ma "Blechhammer". Obie książki wydane zostały w Stanach Zjednoczonych, ale historia załogi samolotu napisana jest w dwóch językach, polskim i angielskim, stąd lepszy zbyt. "Od Be Do Zet" trafiła do kilku polonijnych szkół w USA i dzieci czytających w języku polskim.
Niestety ceny sprzedaży obu książek reguluje wydawnictwo dostosowując je do rynku amerykańskiego, więc są zbyt drogie jak na rynek polski.

Czy Pana praca zawodowa łączy się w jakiś sposób z tematyką, którą poruszył Pan w obydwu książkach?
- Z zawodu jestem nauczycielem WF. Wprawdzie jestem zatrudniony w austriackiej szkole, ale od lat nie pracuję bezpośrednio z młodzieżą. Obsługuję centralę telefoniczną. Nie zajmowałem się też nigdy zawodowo historią. Jestem zwykłym Polonusem.

Jak długo mieszka Pan w Austrii?
- Jestem tu od dwudziestu lat, przechodząc etapy znane niejednej polskiej duszy. Tu nauczyłem się machać kielnią i kleić płytki w łazience, ale i tu wykorzystywałem swoją wiedzę nabytą na polskiej uczelni udzielając prywatnych masaży, czy prowadząc gry i zabawy na jednym z bardziej znanych basenów wiedeńskich, teraz już nieistniejącym „Margaretenbad”. Jestem zapalonym narciarzem, pływakiem, biegaczem aczkolwiek tylko w granicach utrzymujących mnie w miarę dobrej kondycji.

Jakie były przyczyny Pana emigracji do Austrii?
- Zrezygnowałem ze służby wojskowej w rezerwie. Wyznaczono wtedy dla mnie cztery kilkumiesięczne terminy dodatkowej służby w okresach, gdy osiągałem z młodzieżą najlepsze wyniki sportowe. Konkretnie chodziło o okresy zimowe, które dla nauczyciela WF pracującego w górach były najważniejsze. Z pomocą klubu sportowego odwoływałem się i proponowałem jeszcze zamiany na sezon letni, co oczywiście było waleniem grochu o ścianę. Powiedziałem, więc „Nie” i w dniu, w którym miałem znów przybrać mundur przekroczyłem granicę Austrii.

Czy utrzymuje Pan kontakty z Polską, z Polonią?
- W Polsce jestem regularnie, często wykorzystując także dwa wolne dni od pracy. Wraz z rodziną odwiedzam krewnych i pokazuję swoim dzieciom kraj i tradycje, w których wyrosłem. Kontakt z Polonią austriacką mam przede wszystkim dzięki szkole polskiej, do której uczęszczają moje dzieci.

Czy zamierza Pan kontynuować działalność literacką?
- Zawsze kiełkują jakieś pomysły. Być może poświęcę się pracy nad tematem historyczno-fantastycznym wiążącym trzy odległe od siebie epoki, czyli czasy starożytnych Rzymian- konkretnie Carnuntum na obecnych terenach Austrii, lata siedemdziesiąte w Polsce i wreszcie zdarzenia w teraźniejszej Austrii. Miałaby to być powieść sensacyjna o pogoni za skarbem z przeszłości.
Możliwe jednak, że skieruję wysiłki ku bliższej mi tradycji góralskiej i podejmę nowy temat, który ostatnio mnie zaintrygował.

Czy może Pan zdradzić, jaki to temat?
- Powieść nawiązująca do Goralenvolku na terenie Podhala. To jednak plany na przyszłość, natomiast aktualnie jestem w trakcie wydania tomiku tautogramów, erotyczno-obyczajowych wierszy utworzonych dla każdej litery alfabetu.

Co motywuje Pana do pisania?
- Najczęściej jest to impuls, który powoduje, że poświęcam wiele czasu danemu zagadnieniu. Potrafię wtedy szukać w internecie, szperać w książkach, wypytywać znawców, jechać w dane miejsce. Przykładem mogą być przygotowania do "Blechhammer". Byłem w Polsce, na Słowacji, nawet na południu Włoch w okolicach byłego lotniska amerykańskiego, skąd startował samolot. Na szczęście nie musiałem pędzić do USA, bo mogłem rozmawiać z pięcioma jeszcze wtedy żyjącymi lotnikami przez telefon lub email. W kwietniu 2010 jeden z nich zmarł w szpitalu trzymając "Blechhammera" w ręce. To była szczególna satysfakcja dla mnie, mimo że w tak smutnych okolicznościach, ale po otrzymaniu tej wiadomości od jego córki zrozumiałem, że mój wysiłek nie poszedł na marne. W tym tragicznym momencie dopełniło się pewne ogniwo, dzięki któremu pracę niekoniecznie odbieram jako przyczynę własnych korzyści

Serdecznie dziękuję za rozmowę, życząc ciekawych książek i wielu czytelników.

Rozmawiał Arkadiusz Romanowski

Kontakt:
abeiz@gmx.net
©
koniowka.info
 
Copyright 2018. All rights reserved.
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego