TYGODNIK PODHALAŃSKI, 19.11.2010 - Koniówka

Szukaj
Przejdź do treści

Menu główne:

TYGODNIK PODHALAŃSKI, 19.11.2010

Aktualizacje > 2009-2010 > Prasa o "Blechhammer"
Blechhammer: Historia latającej fortecy
Wystarczyły krótkie informacje, m.in. na łamach Tygodnika Podhalańskiego, by niewielki wycinek wielkiej wojny opętał jego wszystkie myśli i działania przez niemal 3 lata. Mały epizod dziesięciu Amerykanów z latającej fortecy stał się kanwą wydanej w USA książki.
Bogusław Zięba pochodzi z Koniówki, mieszka w Austrii, a udało mu się odnaleźć w Stanach jeszcze 5 żyjących lotników. To ich latająca forteca rozbiła się 13 września 1944 roku na polach obok jego rodzinnej miejscowości.
Setki telefonów, maili, listów wysyłanych pocztą, zaowocowały niezwykłą książką. „Blechhammer“ to nazwa niemieckiej rafinerii – ostatniego celu misji bombowca, którego lot zakończył się w Koniówce. Publikacja ukazała się w języku polskim i angielskim, nakładem amerykańskiego wydawnictwa i można ją nabyć przez internet.

Seria Rudolfa Trenkla
W swej książce, w sposób niezwykły, autor opisuje dzieje załogi Latającej Fortecy. Choć, jak sam przyznaje, nie jest historykiem, a publikacja nie pretenduje do roli naukowego opracowania, można tu znaleźć bezcenne informacje. Są biogramy wszystkich członków załogi, a nawet sylwetka Rudolfa Trenkela, pilota Meserschmitta 109, który ostatnią serią przeszył Latającą Fortecę, spadającą nad Koniówką. Samolot ten zajmował 117. pozycję na jego liście 138 zestrzeleń, choć jak wynika z raportów, samolot został uszkodzony wybuchem, do którego doszło podczas bombardowania. Uszkodzona maszyna na dwóch silnikach przeleciała ze Śląska w okolice Babiej Góry. Tu pierwszy pilot Everette Robson dał sygnał do ewakuacji.
Najwięcej uwagi poświęca autor dziejom amerykańskiej załogi. Udało mu się dotrzeć do 5 żyjących jej członków, a także do krewnych tych z 10-osobowej załogi, którzy zmarli. Korespondował, choć nigdy z nimi się nie spotkał. Marzy o tym, choć wie, że to raczej niemożliwe – wszyscy mieszkają w różnych zakątkach USA – od Teksasu i Kaliforni po Illinois. – Skoro udało się nawiązać pierwsze kontakty, zacząłem szukać dalej – wspomina. – Wiele szczegółów znalazłem na forach lotniczych. Jeden z członków przysłał mi 1800 stron historii całej 483 grupy bombowej, stacjonującej we Wołoszech. Tam znalazłem kilka stron raportu, który napisali ci, którzy uratowali się i przeszli do polskiej partyzantki.

Obsesja nr 44-6412
Początkowo Bogusław Zięba chciał napisać jedynie opowiadanie podparte własną fantazją z wykorzystaniem nazwisk, miejsc, faktów, do których udałoby mu się dotrzeć. Gdy zobaczył, że ma dużo materiałów postanowił zebrać wszystko po kolei. Bardzo dużo rozmawiał z Aloysem Suhlingiem, strzelcem pokładowym i z bombardierem Gusem Kroschewskym. – Suhling bardzo się cieszy za każdym razem, kiedy dzwonię. Razem z nim odkryliśmy do kogo należą spodnie lotnicze, które przekazano na wystawę do muzeum w Ochotnicy. Okazało się, że każda część munduru miała swój numer i te należały właśnie do niego – wspomina autor.
Kroschewsky okazał się niezwykłym gadułą, człowiekiem, który niesamowicie barwnie opowiadał. Na stałe latał z inną załogą – do tego lotu został dołączony na zastępstwo tuż przed startem. Albert van Oostrom technik pokładowy, nie mógł rozmawiać przez telefon, ze względu na zaawansowaną chorobę Parkinsona. Dopiero córka spisywała jego wspomnienia i odsyłała je mailem. Van Oostrom doczekał się wydania „Blechhamera“. Zmarł w kwietniu tego roku w szpitalu, trzymając kurczowo w ręku egzemplarz książki.
Ile osób przepytał? Nie jest w stanie policzyć. Rozmawiał ze świadkami katastrofy w Polsce – w Koniówce, Chochołowie, Piekielniku. Trafił też do słowackiej Hladovki, gdzie spotkał jednego z najstarszych mieszkańców. – Początkowo bał się rozmawiać, bo nie wiedział co od niego chcę, a przecież podczas wojny Słowacja oficjalnie wspierała Niemców. Ale później się rozgadał. Pokazał mi krzyże na cmentarzu, wykonane z fragmentów latającej fortecy. Rozmawiałem z rodzinami lotników, osobami piszącymi na forum, urzędnikami, którzy wydali mi akty zgonu nieżyjących członków załogi. Ale dzięki temu można było dotrzeć do miejsca zamieszkania czy krewnych.
Każdą wolną chwilę poświęcał na pisanie, często przesiadywał nocami przy komputerze. Latająca Forteca B 17 nr 44-6412 powoli stawała się nie tylko pasją ale wręcz obsesją. Co ciekawe, nigdy nawet nie stanął na amerykańskiej ziemi.

O przeszłości wolałbym zapomnieć
Nie zawsze udawało się szybko nawiązać kontakt. Drugi pilot Harold Stock przy pierwszej rozmowie roześmiał się, słysząc o przygotowaniach do publikacji. Gdy Zięba zadzwonił po raz drugi, odebrała jego córka. Stanowczym głosem powiedziała, by nie dzwonił więcej, bo ojciec nie chce rozmawiać, co więcej zmienia też miejsce zamieszkania. – Mimo wszystko poszukałem go. I znalazłem w domu starców. Tym razem już chętnie rozmawiał, nie mając już córki przy sobie – dodaje Bogusław Zięba.
Najtrudniej było z Richardem Hanslerem, nawigatorem. Początkowo w ogóle ignorował maile i listy. Gdy Polak zadzwonił, ten przyznał, że maile czytał, jednak, jako profesor fizyki, interesuje się przyszłością. O przeszłości wolałby zapomnieć. – Wydaje mi się, że to niesamowicie drażliwa osobowość, która czuje jakiś żal w stosunku do tego, co działo się kiedyś – zastanawia się Zięba. – Nie chciał do tego wracać. Miałem w kontaktach z nim 2 lata przerwy. To się zmieniło, gdy wysłałem mu pierwszą wersję angielskiego tekstu. Oddzwonił po dwóch dniach, jak tylko przeczytał książkę. Powiedział, że chce mi pomóc, potem dosłał jeszcze kolejne zdjęcia. Okazało się, że tuż po wojnie spisał swoje wspomnienia, ale nigdzie ich nie opublikował, nie pokazał jej nawet dzieciom. Zdecydował się na wydanie ich dopiero po tym, jak ukazała się moja książka.
Wśród traumatycznych przeżyć, jakie stały się udziałem amerykańskiego oficera, było wykonanie wyroku śmierci na polskim kolaborancie. Wówczas już pięciu Amerykanów, którzy wyskoczyli z latającej fortecy, udało się doprowadzić do stacjonującego w Gorcach oddziału AK Adama Stobrawy. Chcieli przedostać się do Rosjan, leczy było to niemożliwe, więc zdecydowali się pozostać z partyzantami. Jednym z testów lojalności miało być wykonanie wyroku na pojmanym góralu, który zdezerterował z niemieckiej armii i uciekał na Węgry. Uznany został za szpiega i sąd polowy wydał wyrok. Amerykanie ciągnęli między sobą losy – pechowcem okazał się Harold Beam, który oddał jeden strzał z pistoletu w głowę skazańca. Dobić go miał serią jeden z partyzantów.
Cała, 10-osobowa załoga B-17 przeżyła wojnę. Gordon Sternbeck po wielu latach spotkał Andrzeja Wojdyłę, który podczas wojny pomógł mu jako jeden z pierwszych Polaków. W dowód wdzięczności dostał od Amerykanina złoty zegarek.

Tygodnik Podhalański, Józef Figura, 21 listopad 2010

Kontakt:
abeiz@gmx.net
©
koniowka.info
 
Copyright 2018. All rights reserved.
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego